13 września to prawdziwy rekord świata jeżeli chodzi o liczbę pokonanych przez nas kilometrów. Tuż po zakończeniu zwiedzania Ljubljany zamiast poszukać jakiegoś noclegu zdecydowaliśmy się na dalsza jazdę w kierunku Budapesztu. W planach było znalezienie parkingu, kilka kilometrów za Ljubljaną, na którym moglibyśmy zaparkować naszego kredensa, który całkiem nieźle sprawdzał się w roli samochodu kampingowego.
Jazda była na tyle przyjemna, że po kilku godzinach zamiast na parking pod Ljubljaną trafiliśmy na podobny pod … Budapesztem. W sumie przejechaliśmy ok. 400 km więcej niż planowaliśmy. Po 8 godzinach snu pojechaliśmy do Budapesztu, który przywitał nas niespodzianką, czyli darmowym parkingiem.
Potem było 6 godzin zwiedzania.

Załoga zdobywa działo przy cytadeli na Górze Gelerta.

W tle wzgórze zamkowe z budowlą pamiętającą czasy Habsburgów

Pomnik wolności na Górze Gelerta kiedyś trzymał czerwoną gwiazdę, dziś jest liść palmowy. Swoisty znak przemian i zdolności dostosowania się do nowych warunków.

Parlament to oni mają piękny nasz Sejm się chowa
Załodze najbardziej podobała się wizyta w restauracji, gdzie Filip zamówił jagnięcinę z kapustą w ostrym sosie z Marcin i Adrian tradycyjny węgierski gulasz. Ciekawa była również wizyta w budapeszteńskim metrze, które jest najstarsze w kontynentalnej Europie. Samo metro przypomina raczej miniaturkę innych tego typu konstrukcji spotykanych w pozostałych stolicach starego kontynentu. Stacje są małe i urokliwe, a wagoniki przypominają raczej podziemne tramwaje niż pociągi. Charakterystyczny jest też wszechobecny zapach smaru, który spotkać można np. w starych parowozowniach.

Chłopaki w stacji metra
W czasie spacerów odkryliśmy na ulicy mimochodem kilka skarbów:

Star Łada

Terenowa Łada

BMW

Odnowiony Wartburg pod hotelem Hilton

Stary ale jary Land Rover Defender
Ok. 20.30 opuściliśmy stolicę Węgier. Przed nami 800 km do domu, z wyjącą pompą, która ma już olbrzymie luzy. Plan jest taki by pokonać kolejne 400 km i tylko dotrzeć do Polski. Tam w razie awarii jakoś sobie poradzimy.
Jazda była na tyle przyjemna, że po kilku godzinach zamiast na parking pod Ljubljaną trafiliśmy na podobny pod … Budapesztem. W sumie przejechaliśmy ok. 400 km więcej niż planowaliśmy. Po 8 godzinach snu pojechaliśmy do Budapesztu, który przywitał nas niespodzianką, czyli darmowym parkingiem.
Potem było 6 godzin zwiedzania.
Załoga zdobywa działo przy cytadeli na Górze Gelerta.
W tle wzgórze zamkowe z budowlą pamiętającą czasy Habsburgów
Pomnik wolności na Górze Gelerta kiedyś trzymał czerwoną gwiazdę, dziś jest liść palmowy. Swoisty znak przemian i zdolności dostosowania się do nowych warunków.
Parlament to oni mają piękny nasz Sejm się chowa
Załodze najbardziej podobała się wizyta w restauracji, gdzie Filip zamówił jagnięcinę z kapustą w ostrym sosie z Marcin i Adrian tradycyjny węgierski gulasz. Ciekawa była również wizyta w budapeszteńskim metrze, które jest najstarsze w kontynentalnej Europie. Samo metro przypomina raczej miniaturkę innych tego typu konstrukcji spotykanych w pozostałych stolicach starego kontynentu. Stacje są małe i urokliwe, a wagoniki przypominają raczej podziemne tramwaje niż pociągi. Charakterystyczny jest też wszechobecny zapach smaru, który spotkać można np. w starych parowozowniach.
Chłopaki w stacji metra
W czasie spacerów odkryliśmy na ulicy mimochodem kilka skarbów:
Star Łada
Terenowa Łada
BMW
Odnowiony Wartburg pod hotelem Hilton
Stary ale jary Land Rover Defender
Ok. 20.30 opuściliśmy stolicę Węgier. Przed nami 800 km do domu, z wyjącą pompą, która ma już olbrzymie luzy. Plan jest taki by pokonać kolejne 400 km i tylko dotrzeć do Polski. Tam w razie awarii jakoś sobie poradzimy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz